|
|
|
|
W jego warszawskim
mieszkaniu prawie nie mówi się o obrazach, które wielkimi stertami
opierają się o ściany pracowni. Nawet ja, tak przecież wprawiona
w wymuszaniu wyznań, uzyskam od niego tylko lakoniczne informacje
typu: - To jest portret dziadka z kukurydzą, to święty wśród kur,
to stara studnia.
Nie ufa słowom albo nie chce ich nadużywać. Alfabetu jego obrazów
muszę uczyć się sama. On mi w tym nie pomoże.
Tego rodzaju "wstyd" nie jest obcy niektórym poetom. Zwłaszcza tym,
którzy budują swoje wiersze z bardzo osobistych doznań. Tego rodzaju
"wstyd" noszą w sobie jeszcze niektórzy mieszkańcy wsi. To rodzaj
niechęci do obnażania własnej duszy. To chłopska powściągliwość
w mówieniu o sobie. Przeświadczenie, że do spowiedzi upoważnia tylko
konfesjonał.
Jest asystentem na warszawskiej ASP i synem chłopa. On tylko wie,
jakie są koszty wewnętrzne takiego awansu.
Ale o swojej rodzinnej wsi, o Dołhobrodach położonych nad Bugiem,
opowiada dużo i chętnie. Odległość 200 km od Warszawy nie przeszkadza
mu być na bieżąco we wszystkim, co się tam dzieje. Ku utrapieniu
żony wciąż szuka pretekstów, żeby wyskoczyć do Dołhobrodów. Choćby
na dzień - dwa. Niby po jabłka, niby po kiełbasę, a tak naprawdę
z wewnętrznej potrzeby. Dołhobrody to dla niego jedynie prawdziwy
i warty zachodu świat.
¦ledzenie wsi. Podpatrywanie ludzi. Okiem malarza, psychologa, filozofa,
poety. Potem to wszystko wsączy się jak w gąbkę w jego obrazy i
uzyska szeroki, uniwersalny wymiar.
Jego opowieści o ludziach stamtąd aż proszą się, aby je przetworzyć
w poetyckie opowiadania, jak na przykład ta o nieżyjącym już Antonim
Marciosze, który witał wieś muzyką. Wyjeżdżał gdzieś rowerem, wracał
pó·no i kiedy dojeżdżał do Dołhobrodów, zatrzymywał się w polu.
Z jakiejś torby czy tobołka wyciągał okarynę. Jak on grał! Delikatne
d·więki starego instrumentu leciały jak nocne motyle ku mgłom opadającym
na Bug. Albo Adam Weremczuk, ludowy rze·biarz. Gdzie on wypatrzył
te panny święte - strzeliste, gotyckie - tak niepodobne do hożych
wiejskich dziewuch? Adam Dejneka zawsze pierwszy zauważył skowronka
i umiał wróżyć pogodę z lotu ptaków. Kiedyś syn podarował mu magnetofon.
Dejneka ulokował się z tą aparaturą w szuwarach i nagrał kumkanie
żab, które potem odtwarzał zimą z taśmy dla wywołania wspomnień
o lecie. "Żabi koncert". Jeden z najlepszych obrazów Stanisława
Baja. Stary mężczyzna na tle granatu wieczornego nieba. Zespolony,
zintegrowany z tajemniczą melodią (może kosmosu?), która przenika
go, rozświetla jego twarz, przyzywa ku jakimś mrocznym głębiom.
Zadziwiający bezruch i spokój obrazu. Nazwanie tego, co w człowieku
nienazwane.
W polskim malarstwie wieś pojawiała się dość często. Malowano ją
z upodobaniem jako krainę nostalgicznych pejzaży, wyszywanych gorsetów
i czapek z pawimi piórami. Albo - dla odmiany jako ponure miejsce
skazanych na nędzę i głód niewolników. W niechlubnym okresie socrealizmu
wieś zaistniała w sztuce traktorami, dorodna pszenicą i eleganckimi
kombinezonami pracowników PGR.
Wieś jako dekoracja, jako interwencja, jako narzucone odgórnie hasło.
Zawsze prezentowana przez kogoś z zewnątrz. Rzadko prawdziwa.
Baja nie interesują maski i kostiumy, w które przez cale wieki przebierano
chłopa. Dla niego wieś to on sam. To jedna ze scen, na której człowiek
-jak zawsze i wszędzie - zmaga się z samotnością, boi się, cieszy,
wygrywa, przegrywa i buduje - w oparciu o własne doświadczenia -
swoją kulturę, obyczaj, tradycję.
"Nadajesz się do łopaty". Jakie to miejskie określenie, jak nie
przystające do chłopskiego systemu wartości. Na wsi łopata nie jest
wcale synonimem życiowego upadku. Jest narzędziem jednym z najpotrzebniejszych.
Sportretowany przy łopacie człowiek ma twarz zmęczoną, ale i pełną
godności. Łopata wcale go nie deprecjonuje. To nie kara, lecz konieczność
i przeznaczenie.
Podobną wymowę ma gnój na obrazie "Sen Staśka". Za plecami drzemiącego
mężczyzny kłębią się brunatno-złote masy gnoju. Ten sen o gnoju
- przedłużenie dnia, spędzonego przy widłach - nie musi być wcale
koszmarem. Stasiek uśmiecha się błogo, twarz ma prawie szczęśliwą.
Tu, na wsi, gnój nie drażni nozdrzy. Ma swoją wartość. Coś gnije,
obumiera, aby mogło zaistnieć nowe życie.
Prawie wyłącznie portrety starcze, bo przemijanie wydaje się najbardziej
interesować Baja. Przemijanie obecne w zmarszczkach, w bruzdach,
w pochyleniu sylwetki, w ciężkim zawieszeniu ręki. Jeszcze pracują,
jeszcze uczestniczą w życiu wsi, jeszcze chcą tyle po. wiedzieć,
ale czas zwraca ich nieubłaganie ku ciemnym ścieżkom przeznaczenia.
W obrazach Baja czai się śmierć.
¦mierć ma tu jednak oblicze spokojne i wychodzi ku człowiekowi na
spotkanie w smutny, zaplątany w białe mgły dzień. Jest oczekiwana
bez buntu, z cichą rezygnacją. Tak na śmierć czekają rośliny i zwierzęta.
Dopełnił się nasz czas. Odchodzimy jak trzeba. Oto mądrość kultury
zwróconej ku naturze i jej prawom.
Przepiękny obraz "Odejście". Staruszka (chyba stuletnia) rozpościera
przed sobą czarną chustę. Za chwilę drobne kosteczki rąk uniosą
miękką materię ku górze. Za chwilę czerń przesłoni świat. Już nikłe,
przezroczysta, prawie nieobecna. Ale przecież pogodzona i spokojna
pod wysokim, majestatycznym niebem. I ten uśmiech wtajemniczenia.
Ona coś wie, jakaś cząstka tajemnicy już na nią spłynęła.
"Pan Żyro w kapeluszu". Stary człowiek, bure tło. Nic, żadnego rekwizytu.
prócz krzywej żerdki; przecinającej w poprzek płaszczyznę płótna.
Brzydki, samotny pan Żyro jak stara żerdka, jak grudka ziemi, jak
polny kamień. Nikt nawet nie zauważy jak przejdzie błotnistą drogą
na tamtą stronę i zniknie na zawsze pośród bezlistnych, jesiennych
brzóz wiejskiego cmentarza.
Nieefektowność tych obrazów, ich surowość granicząca z brzydotą.
¦wiat wideł, łopat, gnoju, starczych twarzy, nieforemnych sylwetek,
burych kaftanów, brudnych portek. Kolory ziemi, gnoju, zadeszczonego
dnia, bezksiężycowej nocy. A jednak obrazy Baja nie odpychają. Przeciwnie
- fascynują i zapadają w pamięć. Te nieruchome twarze, ten spokój,
te półmroki, ciemności rozmyte przez tajemnicze światło. Jeśli miałabym
z czymkolwiek porównać portrety Baja to chyba tylko z ikoną. W ikonie
chodziło o pokazanie niewyrażalnej tajemnicy Boga. Tu zaś chodzi
o pokazanie równie niewyrażalnych tajemnic natury. Tych sił, żywiołów,
rytmów, którym poddawała się z mądrą pokorą dawna wieś.
Stanisław Baj, rocznik 1953. Niewiele wystaw indywidualnych jak
na talent tej miary. Trochę więcej "udziałów" w ekspozycjach zbiorowych
- tam jednak obraz w oderwaniu od całościowego dorobku zwykle traci.
Tworzy z dala od środowiska i bez specjalnej akceptacji tzw. kreatorów
sztuki współczesnej. Również dlatego, że programowo i konsekwentnie
odcina się od sztuki panującej w salonach wystawowych: abstrakcyjnej,
konceptualnej i jakiejś tam jeszcze.
Złośliwi nazywają go "realistą" i zarzucają mu artystyczny konserwatyzm.
Tak było od początku jego twórczości. Na studiach koledzy (z reguły
ci nie dorastający mu do pięt) określali jego obrazy pogardliwym
mianem "chełmońszczyzny".
Znany krytyk, Roch Sulima, tropiący związki między kulturą ludową
i współczesną, napisał w szkicu poświęconym twórczości Baja:
"... obrazy Baja muszą dopiero czekać na odkrycie i nazwanie artystyczne."
I dalej:
"Stanisław Baj, jako malarz, działa w miejscu zaskakująco pustym.
Jego malarstwo nie ma alternatywy, jest konieczne i jedyne. Można
powiedzieć, że jest to malarstwo bezalternatywne w wyrażaniu chłopskiej
totalności".
ANNA JABŁOŃSKA |

|