|
|
|
|
Metafory
codzienności (rzecz o malarstwie Stanisława Baja)
Na początku swej drogi twórczej artysta sytuuje obraz pt. Wesele
(1973), którego zresztą publicznie nie eksponuje. Można ten obraz
uznać za formę predebiutu. Wesele jest próbą spłacenia długu, jaki
Baj w swoim dzieciństwie zaciągnął u wiejskiego grajka - Antoniego
Marciochy - w którego jako odszczepieńca - wiejskie dzieci rzucały
kamieniami; ale bez którego martwe było każde wesele w okolicy.
Marciocha, kiedy powracał ze swych licznych wędrówek, to grał "na
powitanie" wsi. Niezwykłość sztuki Marciochy doceniła grupa teatralna
"Gardzienice", która zagarnęła go na swoje występy do Italii.
W muzykowaniu, w oficjalnej egzystencji wędrownego grajka, dopatruje
się Baj ·ródła swojego malarstwa, z niego wyprowadza nie tylko nastrój
i klimat swojej sztuki, ale - co ważniejsze - swoją filozofię. Jest
w Weselu coś bliskiego wizerunkom klownów, aktorów i kuglarzy z
płócien Pabla Picassa, co oddaje dramatyczną sytuację artysty, którego
sędzią przestał być Bóg, a stało się społeczeństwo. Obraz przedstawia
weselników we wnętrzu pomieszczenia. W prześwicie drzwi, w których
stoi wiejski grajek, widać fragment chłopskiego obejścia, ograniczonego
do paru elementarnych, ale czytelnych kształtów. Za stołem siedzą
postaci nie tylko rodem z kresowej nadbużańskiej wsi, ale najwyra·niej
także z obrazów Bruegla. Stojący w sferze "progowej' wiejski grajek
z okaryną jest postacią jakby z innego wymiaru, jest swoistym medium
między realnością i niedokreślonością świata, podważa jego jednoznaczność,
ewokuje sferę tajemnicy zapowiada obecność prawd metafizycznych.
Można powiedzieć, że Baj debiutował w kręgu oddziaływania idei orfickiej,
odnalezionej nie w starych kodeksach orfików, nawet nie w tradycji
artystycznej, która patronowała "romantycznej syntezie sztuk", ale
w kręgu doświadczeń swego wiejskiego dzieciństwa, zauroczonego postacią
wędrownego grajka - Orfeusza z Dołhobrodów. Motywy orfickie i maIarstwo
Bruegla można uznać za istotne przesłanki predebiutu Stanisława
Baja. Kształty naturalne, dosłowne, czy nawet "realistyczne' okazują
się w malarstwie kostiumem prawd i rzeczy niewymiernych. Ważna to
konstatacja dla malarstwa Stanisława Baja, któremu tak łatwo można
przypisać "realizm" i to w znaczeniu obiegowej etykiety. "Realizm"
czy weryzm bywa w licznych obrazach Baja raczej przebraniem czy
kostiumem innego "realizmu', zmierzającego do odkrycia, zafałszowanej
w potocznym postrzeganiu rzeczy takich "jakie się widzi" - prawdy
istotnej, prawdy głębinowej, zazwyczaj rugowanej bąd· mitologizowanej
ze względu na jej socjalną treść, na przypisanie do "chłopskich"
tematów.
W obrazach Stanisława Baja obserwujemy dramatyczne zmaganie się
form, odsłanianie ambiwalencji form naturalnych, form - w sensie
logicznym - zdawałoby się jednoznacznych. Treścią tych obrazów nie
jest dokumentowanie czy "opowiadanie", ale modelowanie przedmiotów
i zjawisk otaczającego świata. Malarz odrzuca przymus tematyzacji
i rodzajowości. Wyzwala się z socjalnych przypisań, rezygnuje z
wygodnych uprzedzeń. W swoistej, naturalnej, lecz nie założonej
czy upozowanej "dzikości" uwalnia malarz swoje modele z kostiumów
ludowych, w które ubierano chłopa od XVIII wieku, uwalnia od krakowskich
czapek, sukman i pawich piór. Odbiera tym modelom różne "uszlachetniające"
atrybuty, daleki jest od artystycznych wcieleń hasła: "żywią i bronią',
ale z drugiej strony uwalnia te modele od łatwej pewności socrealistycznych
schematów, które sprawiły, że do dnia dzisiejszego wątek chłopski
wyrugowany został z malarstwa.
Baj dopracował się zaskakującej świeżości wyobrażeń, tym bardziej,
że działa on na polu, na którym tej "świeżości" i naturalności poszukiwano
wielokrotnie, postępując w myśl wskazań J. J. Rousseau. ¦wieżość
malarstwa Baja nie jest wnoszona przez same obiekty, dawniej powiedziałoby
się - przez modele pochodzące "z ludu", ale jest to świeżość interpretacji,
nowość sensów i znaczeń. Temu malarzowi bardziej bliskie są idee,
tajemnice itp. niż realistyczno-naturalistyczne właściwości obiektów,
choć te właściwości najłatwiej, w sposób powierzchowny i fałszywy,
można Bajowi przypisać. Tak postępując, łatwo Baja nazwać "realistą",
a z odrobiną złośliwości - nawet socrealistą i umieścić wśród zjawisk
artystycznie konserwatywnych. Nie rodzajowy mimetyzm, nie podszyty
naturalistyczną poetyką weryzm, ale modelowanie, a nawet deformowanie
jest tu najważniejsze.
Można malarza posądzić o epatowanie niezwykłością tematów, których
nikt nie malował, albo malował rzadko (Poród, Barany, Fura z gnojem
). W literaturze może tylko Julian Przyboś w wierszu pt. Ziemniaki
(z tomu pt. Sponad,1930) szedł w tym antywerystycznym kierunku,
metaforyzującym żywioły codzienności chłopskiej, której jakże często
używał do budowania nowej estetyki XX wieku. Dla porównania przywołujemy
Przybosiowe Ziemniaki:
Szeroko barłoży się skopana ziemia,
obsiędziana gnojowymi guzami chałup.
Po jej bokach wschód - zachód co dzień się domienia
i wytrzeszczając słoneczny brzuch,
jak krowa, jedyna klępa, rozdziawia gębulę przestrzeni.
Z jutrzni wyłażą wywłoki tych piachów:
gałajdy o potężnych kinolach, dziadkowie pochyleni,
babiny, nędzne sierniaki, liżyboki z otwartą japą.
Na ramieniskach, jak wykręcone łopatki, motyki,
albo jak oddziabnięte skrzydełka aniołów, świecą.
Twarze, "ryła do bicia", wiszą nad grzędami jak słoneczniki
i kopiąc, raz w raz maczają olbrzymie wąsiska w powietrzu.
Giczałami patroszą glinę, aż ich wieczór znuka,
aż w niedopełnione cebrzysko rękuchną pokorną
ciśnie ktoś zachodzące słońce z ostatnią swą bulką,
i - patrz - jak zgłodniali zjedliby zorzę wieczorną.
Wiersz ten napisany jest w znacznej mierze "po gwo·nicku", a nie
w jakiejś "ludowej" konwencji. Deformacja, odrobina przewrotności,
jest tu zjawiskiem integralnym, a nie konwencjonalnym. Podobnie
u Baja, gdzie słowo "deformacja' wymaga bliższego objaśnienia. Ta
deformacja czai się niejako w każdym "naturalnym", mającym odpowiednik
w naturalnej rzeczywistości - kształcie. "Dosłowność" zawsze zapowiada
swoją deformację, jak każde przejaskrawienie jest zarodkiem parodii.
Baj w ten sposób dociera do istoty zjawisk. Modelowanie, symplifikacja,
jest zresztą czymś naturalnym dla jego wyobra·ni malarskiej, ukształtowanej
przez kulturę "pogranicza" polsko-litewsko-białoruskiego. To jakby
dodatkowy zmysł artysty, pozwalający widzieć jedność w różnorodności.
Trzeba jednak zaznaczyć, że ta świeżość spojrzenia "z peryferii"
nie jest tylko czymś odziedziczonym, ale jest czymś wypracowanym
intelektualnie. Stąd nawet nostalgia jest u Baja drapieżna, aktywna
poznawczo, niespokojna, jest formą poznania i wyzwoloną wyobra·nią.
Nie można poważnie traktować sądów o Baju "realiście". Artystę interesuje
tajemnica narodzin i tajemnica śmierci, a wszystko to skrywają formy
pozornie naoczne. Mniej natomiast interesuje go spektakularność
egzystencji między narodzinami a starością. W malarstwie tym nic
nie leży na powierzchni. Wszystko jakby się dopiero wynurzało, lub
właśnie "przekwitało", zmierzało "ku ginięciu". Ryzykując realistyczną
metaforę można powiedzieć, że Baja interesuje pora narodzin oraz
pora "starzenia się' i śmierci, a nie pora "kwitnienia" czy owocowania.
Oddala to z góry, nie postawiony jeszcze, ale już niejako czający
się, zarzut o malowanie pożytków natury, o prosty utylitaryzm malarskich
wizji.
W tym malarstwie wszystko jest jeszcze jakby "u ·ródła', albo znaki
tej "·ródłowości" nosi. Co oddala się od ·ródła, ulega degradacji,
starzeje się, a tym samym zapowiada już inne formy życia. Czytelne
są więc znaki "przejścia", "prześwitu" między "tą" a "tamtą" stroną
świata. Charakterystyczna "·ródłowoś' (finalność starczych portretów
jest tylko potwierdzeniem "·ródłowości") dziś, w epoce kultury "cytatu",
parafraz, aluzji, a więc kultury rozbłyskującej setkami jawnie zapożyczonych
znaczeń, "skradzionych" języków, musi razić oczy, musi niepokoić,
a zarazem prowadzić do wtrącenia tych płócien jakby na obrzeże nowoczesnej
sztuki polskiej, gdzie obrazy Baja muszą dopiero czekać na odkrcie
i nazwanie artystyczne. W tym sensie malarstwo Stanisława Baja jest
najbardziej "osobne" i nie można dziś wskazać niczego, co w tej
skali można by z nim porównać. W ten sposób, szczęśliwie, Baj sam
niejako skazał się na oryginalność.
Jest na płótnach twórcy ¦wińskiego szału ekspresyjna drapieżność,
aktywność sił "w głębi', sił występujących w przebraniu naturalnych
zjawisk, kształtów i procesów. Sił i pierwiastków zatajonych, albo
po prostu zagubionych, bąd· też świadomie do tej pory "nie wybranych".
Dostrzec to można ze szczególną wyrazistością w obrazie Żabi koncert,
w którym postać ludzka wychyla się z "tamtej", ciemnej strony świata.
Twarz ludzka eksponowana na pierwszym planie, nie wydaje się być
oświetlona tylko światłem odbitym, światłem cudzym, ale sama jakby
wypromieniowuje światło. Jest naznaczona światłem, podkreśla zamknięte
w sobie widzenie, "widzenie wewnętrzne". Człowiek z Żabiego koncertu
nie tylko słyszy świat, ale także "widzi go w sobie'. W ten sposób
jest ze światem najzupełniej zintegrowany, przyłączony do widzialnych
i słyszalnych jego rytmów. W obrazie Baja jest coś koniecznego i
zarazem najprostszego, zatajonego, ale też naocznego. Nie światło
lecz ciemność jest wskazówką zgłębiania tajemnic świata, sposobem
nazywania jego sensów. Ciemność nie jest tu tłem, ale swoistą materią,
wręcz o substabcjalnych, dotykalnych parametrach, którą artysta
uczłowiecza. Człowiek nie panuje nad nią w pełni, bo z niej wyrasta
i do niej wraca. A więc nie strona światła, ale strona mroku wydaje
się być prasiedliskiem człowieka. Tak właśnie odczytują Żabi koncert.
Człowiek nie może się od tej ciemnej strony oderwać. Sam, jak postać
na omawianym tu obrazie, staje się pytaniem, synonimem głosu pytającego
o "tamtą" stronę. Najważniejszym wydaje się, że jest to głos współnazywający
"tamtą" stronę, a może lepiej powiedzieć - głos współnazywający
się "tamtą" stroną.
Malarstwo Baja, szczególnie w portretach, koresponduje z głębinowymi
interpretacjami kondycji człowieka, eksploracjami snów i podświadomości.
Artysta nie maluje w Żabim koncercie snu, ale -by użyć Norwidowskiej
formuły z Kolebki pieśni - "współśni z nami". Żabi koncert, nie
jest - mimo wszystko - malowaniem d·więku, nie jest też malowaniem
ciszy. Bezdenny granat ciemności symbolizować mógłby muzykę kosmosu,
a nawet znaczyć wieczność. W obrazie tym pokazuje artysta człowieka
wobec wieczności. Tak, jak muzyka nie może obejść się bez ciszy,
tak wieczność nie może objawić się bez śmierci, a nade wszystko
bez pierwiastków życia. Baj skupia naszą uwagę w punktach i momentach
granicznych, jakby przełomowych: d·więk-cisza, światło-mrok, wieczność
- śmierć. A przy tym żadnego śladu alegoryzmu, żadnego "fabularyzowania',
żadnego "cytatu", czy zapożyczenia konwencji. Wszystko tu nowe,
wywiedzione wprost z materii dookolnego świata.
Obrazy Stanisława Baja, kiedy patrzymy na nie przez pryzmat historii
polskiego malarstwa oraz jego ustalonych konwencji i hierarchii,
muszą zaskakiwać odbiorcę. Są tak "dosłowne" i "oczywiste" w swoich
formach i tematach, że aż nadzwyczajne, szokują wręcz możliwością
swojego zaistnienia. Takim obrazem jest dla mnie Fura z gnojem,
która stanowi rodzaj wyzwania rzuconego polskiej tradycji malarskiej,
eksponującej na gościńcu raczej konie, hufce orężne, paradne dyliżansy,
"spacerujące" wolanty i bryki. Fura z gnojem nie ma nawet konia.
Na gościńcu, stanowiącym ową "bruzdę" świata znajduje się oto fura
z gnojem i asystujące jej chłopskie postaci. Z gościńca zepchnięta
zostaje jego figura podstawowa, czyli wędrowiec, dla którego gościniec
był drogą przeznaczenia. Gościniec zresztą zawsze dopominał się
wędrowca, dyliżansu, przypadków i wyroków losu. U Baja gościńcem
toczy się fura z gnojem.
Tradycja kulturowa nakazuje przywołać tu również słynny Wóz z sianem
Hieronima Boscha, będący manifestacją zachłannej pożądliwości dóbr
doczesnych, symbolizowanych w nieprzeliczonej masie ·d·beł siana.
Fura z gnojem jest górą złota, skarbem godnym ofiary na chwałę świata,
skarbem nie alegorycznym, ale - w kulturze chłopskiej - jak najbardziej
realnym. Interpretację taką zdają się potwierdzać rozwiązania kompozycyjne.
Dwie postaci są w ten, "owłosiony" kosmykami gnoju pagór jakby wczepione.
Idąca obok wozu kobieta, której twarz jest pełna pogody i dostojeństwa,
to coś w rodzaju uroczystej asysty. Bo cała fura z gnojem jest wręcz
podniosła i monumentalna. Twarz kobieca, którą Baj maluje nie na
tle groty, nie na tle blankowanego muru, ogrodu, lustra, czy bogatej
drapierii - to twarz madonny gnoju. Czyż może być do pomyślenia
bardziej bezczelne, bardziej drapieżne wyzwanie rzucone odwiecznym
tematom sztuki? Nie działa tu konwencja świata "na opak" ale konieczność
mówienia własnej prawdy; konieczność, która czyni artystę.
Stanisław Baj nie proponuje w swoich obrazach gry konwencji, takie
gry bywają często jałowe, ale odkonwencjonalizowuje świat rzeczy,
świat przyrody i ludzkie wizerunki. Na uwagę zasługują tu przede
wszystkim portrety. Ideę odkonwencjonalizowywania świata, szukania
wciąż na nowo istoty rzeczy, ideę odnawiania znaczeń, widać wyra·nie
m.in. w Portrecie chłopa w czerwonym birecie. Można w tym obrazie
doszukać się próby definiowania "chłopskości" poprzez symbole "obcości".
To jakby "przebranie" czy karnawałowe wcielenie chłopa. Interpretacja
taka wydaje się jednak pozorna. To raczej malarska chłopskość, włochata,
kożuchowata, sukmaniasta, bierze w nawias "biretowość", jako prestiżowe,
oddające niepomiernie wysoki status osoby - nakrycie głowy. Portret
chłopa w czerwonym birecie to znakomity przykład dialogu kultur,
przykład poruszenia zasklepionych wyobrażeń i stereotypów.
Dominantą znaczeniową portretów Stanisława Baja jest zawsze próba
włączenia ludzkiego wizerunku w nieobliczalny żywioł codzienności
niby utylitarnej, ale ostatecznie metaforycznej. Artysta maluje
jakby metafizykę codzienności. Portrety, w zestawieniu z innymi
obrazami, wydają się mniej "dosłowne". Konwencja portretu posłużyła
artyście do pokazania podstawowych rys i pęknięć człowieczego uniwersum
dzisiaj. Wyłania się z portretów ogólny sens, który nie polega na
mimetycznym odwzorowaniu charakterów czy rysów postaci, ale wyraża
się w relatywizowaniu człowieczych wizerunków wobec innych istotnych
znaków dziejącego się świata. Baj jako portrecista nie szuka tylko
człowieka w człowieku, ale człowieka w kosmicznym i metafizycznym
uwikłaniu.
Do tej samej grupy obrazów należy zaliczyć płótno, które można by
określić jako "portret z łopatą". Oto łopata, symbol pracy fizycznej
o szczególnie niskim prestiżu nawiązuje metaforyczną wię· w wyobrażeniem
ludzkiej twarzy, która, dzięki temu, przestaje być elementem dominującym
plastycznie, a staje się ogniskiem pomnożonego sensu, jakby na chwilę
osłoniętego. Wiele jest zresztą możliwych odczytań tego sensu. Pojawia
się również trop parodystyczny. Obraz mógłby być np. parodystyczną
aluzją do portretu sarmackiego, w którym pojawiły się, w tej właśnie
funkcji i pozycji co łopata, znaki stanowego czy rodowego prestiżu
- herby, inskrypcje itp. Być może, u Baja, jest to tylko zauważenie,
zrównanie białego szronu siwizny ludzkiej głowy i bieli wapna wżartego
w stal łopaty?
Istotę wizerunków ludzkich tworzonych przez Stanisława Baja dobrze
oddają takie płótna, jak: ¦więty i ¦wiński szał. Pierwszy obraz
eksponuje postać przypominającą w swoim geście ¦w. Babtystę na pustyni
Boscha. Zło portretu przenikające się z pierwszym planem, wypełnia
nieprzeliczona masa kur i ptasich kształtów. Ptactwo domowe, bez
względu na to, jakich kolorów do malowania jego użyto, jest synonimem
szarości i pospolitości. Artysta stopniuje znaczenia chłopskiej
barwy, czyli szarości. Jest ona koniecznością, a nie przemijającą
fazą degradacji jasnej strony świata, czystej, pierwotnej bieli.
Dotarcie do tej konieczności jest najlepszą przesłanką uniwersalizmu
przedstawień malarskich Stanisława Baja. Szarość znaczy tu przywołanie
szarości egzystencji chłopskiego losu, nie jest świadectwem rozmycia
formy. Te, ujemnie na ogół nacechowane barwy i kształty (kury, świnie,
barany, gumowe buty) są koniecznymi przejawami i formami bytu. Gest
(poza) człowieka siedzącego wśród stada kur, tyleż odsyła do realiów
chłopskiego świata, ileż staje się członem wielkiej metafory. Znaczy
nie tyle uwzniośloną pospolitość ile pospolitość i naoczność chłopskiego
świata, jako człon metafory ludzkiego losu, metafory szczególnej,
gdyż doskonale zakorzenionej i zarazem metafory niezwykle lotnej,
a więc jakby dwuwartościowej, znaczącej metaforyczność w świecie
idei oraz metaforyczność w świecie realnym, podmiotowym i przedmiotowym.
Metaforyczność bywa u Baja wzmacniana przez imienność modeli, a
więc ludzi znanych z imienia i nazwiska. Bohaterami obrazów są-jak
powiedziałoby się dawniej - "ludzie z nizin", którzy mają tutaj
swoje imiona, nazwiska i przezwiska (np. Pan Zyro, Stasiek W., Adam
Łobacz w stodole, Porłret sąsiada itp.). Odczuwam to jako imienność
hiperbolizowani imienność "wybuchającą", czyli odkrywanie w malarstwie
chłopskiej podmiotowości.
Podobnie skonstruowany jest inny, jeden z najbardziej szokujących
obrazów, czyli Swiński szał. Horyzont na tym obrazie również wypełniony
jest, już nie tym, co "szare", ale tym, co "ruskie" i "nieczyste",
upostaciowane w bezkresnej mnogości świńskich kształtów Jadąca na
oklep na świńskim grzbiecie postać jest przewrotną aluzją do modernistycznego
Szału uniesień Podkowińskiego. Na tych bardzo zewnętrznych oznakach
aluzyjność się wyczerpuje. Oto za sprawą "jazdy' na świńskim grzbiecie
(w ikonografii jest to motyw stary), do sporu z "klasycznością",
sporu z odwiecznymi tematyzacjami chłopskiego świata, wprowadza
Baj sferę "dziką" i "niską". Ta różowa świńska masa wylewa się zza
jakiejś wpółotwartej zagrody, wyłania się jakby z jakiegoś odosobnienia,
coś przełamuje. To "coś" właśnie wkracza do zielonoświątkowych,
bogoojczy·nianych wizji chłopskiego bytowania. To "coś" pełznie
dołem (por. także płótna: Poród, U rze·nika), jest ociężałe od materii,
zaściela dół swoją cielesnością, ale zarazem jest precyzyjnie konkretne,
czytelne w sferze idei.
Realizm jest znów tylko kostiumem, który, choć dobrze przylega do
kształtu idei, to nikogo nie powinien zmylić. Mamy tu do czynienia
tylko z "realistycznym' nośnikiem sensu, sensu metafizycznego, choć
bazującego na zamierzonej (osiąganej dzięki warsztatowym kunsztom)
tej swoistej "dosłowności", która wręcz prowokuje do parodii, deformacji,
odkształceń. ¦wiński szał można uznać za najbardziej spektakularny
manifest artystycznego nonkonformizmu artysty. Porterty namalowane
przez Baja nie aspirują do wyrażania idei chłopskości czy idei polskości.
Wszystkie te ludowe tematyzacje i artystyczne uprzedzenia zostają
w obrazach Baja zawieszone, podważone, przekroczone. Przez swoje
chłopskie, "dosłowne' czy "realistyczne" ukształtowanie, obrazy
artysty są ostatecznie bardziej ludzkie niż ludowe, bardziej człowiecze
niż chłopskie. Nie ilustruje się w nich żadnej z obiegowych czy
koniunkturalnych idei. Chłop nie jest funkcją czegoś, np. naturalnego
pejzażu, czy przedstawicielem polskiego narodu, ale podmiotem autonomicznym,
ponieważ Baj odebrał mu przebrania i maski, w które przez wieki
chłopa odziewano.
Jeśli w portretach Baja sens wyłania się jakby z deformacji tła,
z zaplanowanych w tle gier znakowych i semantycznych przekształceń,
to w scenach zbiorowych (Przystanek, Jarmark, Przy ladzie) akcentowana
jest realność tła, a deformacji ulegają wizerunki ludzkie, przypominają
one niekiedy postaci marionetkowe. To przeważnie sylwetki jakby
wyłaniające się z jakiejś przerastającej je materii z drzewnego
pnia, korzenia, jakiegoś kadłuba. Często są to postaci ze zdeformowaną
twarzą, która znaczy czas "rośnięcia" lub czas "starzenia się".
Sceny zbiorowe nawiązują do starych wątków w kulturze. Obraz pt.
Przystanek odsyła jakby do mitu o Erosie i Thanatosie. Na tle białej
ściany pośrodku której ciemną plamą odcina się prostokąt drzwi,
stoi grupa osób, których wyróżnioną pozycję zajmuje, pokazana w
nieco monumentalnym wyprofilowaniu, dziewczyna w białym wianku na
złocistych włosach. Obok przywodzącej wyobrażenia nimf czy rusałek
dziewczyny stoi młodzieniec, obojętny wobec otoczenia, z przyłożonym
do ucha odbiornikiem tranzystorowym. Inną postacią charakterystyczną
jest wsparty na kosie mężczyzna. Na pierwszym planie widać też staruszkę,
zakładającą na głowę czarną chustkę. Staruszka ma koszyk na plecach,
który może znaczyć starczą skrzętność i zapobiegliwość. Pozostałe
trzy postacie nieruchome, naturalne, pełnią rolę statystów.
Przystanek otwiera szerokie pole interpretacyjne. Może być odczytywany
w kręgu znaczeń mitu o Erosie i Thanatosie, "Wyzywająca" młodość
dziewczyny we wianku zwiastuje śmierć, której atrybuty są na obrazie
czytelne (kosa, czerń chusty). Przywodzi to na myśl serię Thanatos
Jacka Malczewskiego, a przede wszystkim obraz pt. ¦mierć (1917),
gdzie znajdziemy zbliżone motywy: kwiaty, kosa, kobieta, ściana.
Wyobrażona w Przystanku sytuacja ma coś z rytuału. Zawieszony zostaje
czas "bieżący", wyłączona jest także przestrzeń. Przystanek jest
czymś granicznym, jest jakby zaświatem, niebytem, czymś poza rzeczywistością,
gdzie wszystko może się zdarć. Realistyczna na pierwszy rzut oka
scenka okazuje się, w moim rozumieniu, interpretacją odwiecznych
mitów, bohaterami których czyni artysta ludzi pospolitych i szarych.
Odbiera mity herosom, przyznaje je ludziom.
Obrazy Stanisława Baja znaczą przewartościowanie "utylitarnej pospolitości',
wydzieranie jej dotychczasowym mitologizacjom w sztuce. Malarz pragnie
odzyskać to, co zostało już stracone, zagospodarowane malarsko,
naznaczone, zawłaszczone, a więc wyeksploatowane. Szczególnie wyobrażeniom
zwierząt odbiera artysta przydane uprzednio przez sztukę znaczenia.
Barany Baja nie nawiązują do konwencji wyobrażeń "dobrego pasterza"
ani "białego baranka" z obrazu Sw. Jan Baptysta na pustyni Boscha,
a świnie też nie mają nic wspólnego z "wierną świnką" z obrazu Kuszenie
¦w. Antoniego tegoż malarza. Nie są to również zwierzęta z tła polskiego
pejzażu (np. z płócien Chełmońskiego). Nieobecny jest przecież w
obrazach Baja również polski koń, niezbędny nośnik narodowej tradycji.
Stanisław Baj, jak gdyby nigdy nic, pokazuje łąkę, kurę, świnię,
krowę, płot, drzewo - "białą ścianę" polskiego domu, ale mato wszystko
tylko dla siebie, dla swojego malarskiego sensu. Odkonwencjonalizowane
przez siebie wiejskie realia, atrybuty trudu, sylwety i wizerunki
chłopów, czyni artysta na powrót konwencją, podporządkowuje własnej
poetyce.
¦wiat chłopski jest w obrazach Baja analityczny, a nie dekoracyjny.
Tworzywem obrazów okazuje się odkonwencjonalizowana "utylitarna
pospolitość", szarość pożytku, nieogarnięta, totalna i jedyna do
tego stopnia, że pożytek ów ulega jakby zatraceniu, staje się symboliczny
i metaforyczny, zanurza się w metafizykę. Artysta sam zresztą podkreślił,
że usiłuje "nadać symboliczne znaczenie pewnym sprawdzonym, zachodzącym
prawidłowościom, wydobywając sumę problemów wynikających z nieodzownego
zbliżenia człowieka z naturą" (1978).
Stanisław Baj, jako malarz działa w miejscu dziś zaskakująco pustym.
Jego malarstwo nie ma dziś alternatywy, jest konieczne i jedyne.
Można powiedzieć, że jest to malarstwo bezalternatywne w wyrażaniu
chłopskiej totalności. Podejmuje ono wizje świata nie tyle niecodzienne,
ile - nadzwyczaj codzienne, aż do przesady, która wszelako artystom
przysługuje. Jak już wcześniej zauważyłem artysta malarz porusza
się na polu zupełnie dziewiczym, malarsko dziś nie zagospodarowanym,
ale jest to zarazem pole, na które kładą się długie cienie odwiecznych
schematyzacji i mitologizacji, różnych odmian "fałszywej ludowości".
Dzieje się tak w malarstwie polskim doby obecnej mimo dogłębnych
analiz chłopskości, zapowiadanych przez Przybosia, Czernika i Piętaka,
a dokonujących się dzisiaj w książkach Myśliwskiego, Nowaka, Pilota
i Redlińskiego.
Odczuwamy dziś dotkliwy głód malarstwa, czy szerzej - ikonicznego
konkretu, dotyczącego wsi, chłopa i tradycji tej starej kultury.
Nie mamy dziś tego w kinie, w telewizji, a zupełnie sens chłopskości
zamazany został przez mitologizację tzw. "sztuki ludowej". Na długie
lata chłopski wątek w malarstwie został zablokowany także przez
socrealizm. Nic też dziwnego, że 'prawdziwym odkryciem chłopskiego
wizerunku i chłopskiego losu była wystawa pt. Fotografia chłopów
polskich (Zachęta 1987).
Malarstwo Stanisława Baja jawi się tym bardziej wyraziście, tym
bardziej wchłania w siebie i przenosi głębinowe sensy kultury chłopskiej,
im bardziej jest dziś samotne, jedyne, im bardziej jest "znikąd".
Roch Sulima
marzec 1989 |

|