|
|
|
|
Uśmiech wiejskiej
Mony Lisy
We wsi Dołhobrody, położonej nad samym Bugiem. obok piętrowych murowanek
jeszcze stoją kryte słomą chałupinki, samochody mijają się z furmankami,
na dachach, prócz telewizyjnych anten są jeszcze rozłożyste bocianie
gniazda. Wieczorami; gdy z łąk dochodzi swojskie kumkanie żab ludzie
chodzą "na chałupki", aby pogadać u sąsiadów, pośmiać się, pośpiewać
przy d·więkach harmoszki. W obiegu są tu jeszcze "chachłackie" gadki,
w których rubaszny humor miesza się ze smętną melancholią.
Jednak ten świat nie pozostanie długo. Kończy się, już zamiera,
bledną jego barwy. Tacy ludzie, jak na przykład Werenczuk, który
życie mieszał z muzyką a muzykę z życiem, albo stara Walerka kołysząca
się godzinami w rytm swojego kołowrotka, albo dziadek Werenczuk
i jego rze·bione święte panny - to już ostatni orędownicy przeszłości,
dla których nic poza nią nie istnieje. Innych fascynuje nowy świat
- coraz wyra·niej i ostrzej zarysowujące się na horyzoncie miasto.
Stanisław Baj maluje swoją rodzinną wieś. Wieś odchodzącą. To, co
nie ma szansy przetrwania - niech przynajmniej ocaleje na płótnach.
Do jego obrazów wkrada się niepokój.
Na dołhobrockim przystanku codziennie tłoczy się spory tłumek: odjeżdżają,
przyjeżdżają, dojeżdżają... Dokąd dotrze dziewczyna w wianku z polnych
kwiatów? Dokąd zawiezie swą kosę mężczyzna?
O Staszku dużo mówi się w Dołhobrodach, zwłaszcza ostatnio, gdy
jego dom odwiedziła telewizja. Mówią, że jego talent objawił się
w najwcześniejszym dzieciństwie - już wtedy rysował wszystko "jak
żywe". Staszek prostuje jednak te legendy. Pokazuje swój blok rysunkowy
ze szkoły - raczej nieporadne prace, pozbawione owej charakterystycznej
dla beztroskiego dzieciństwa fantazji. Także nauczycielka zajęć
plastycznych nie odkryła w nim żadnych talentów. Wydawało się jej,
że rysuje zwyczajnie, tak jak inne dzieci. Tytko raz, gdy podarował
jej na imieniny własnoręcznie wykonaną akwarelkę pt. "Wiosna" zdziwiła
się, że obrazek posiada tak delikatną, pastelową urodę.
Na egzamin do Liceum Plastycznego w Zamościu pojechał, bo lubił
lekcje rysunków, bo pociągało go reprodukowanie dobrych obrazów.
Marzył po cichu, aby posługiwać się kredką tak jak profesor Zin.
Ale w liceum rozpoczęty się problemy. Złożyły się na nie luki wyniesione
z wiejskiej podstawówki, trudności z adaptacją w środowisku miejskim
oraz kłopoty, jakie mu sprawiał rysunek. Rósł w nim jednak upór,
wyzwalała się cierpliwość. Uczył się bardzo dużo. Z czasem szkolny
program przestał już mu wystarczać, zaczął zdobywać wiedzę na własną
rękę. Byty to w zasadzie obszerne studia prowadzone trochę na ślep,
intuicyjnie i samotnie. Interesowało go wszystko, co było związane
ze sztuką. Prowadził też niemal katorżnicze eksperymenty z rysunkiem.
Próbował setki i tysiące razy, aby utrafić w końcu w linię bezbłędnie
wyrażającą kształt. Kopiował reprodukcje, fotografie greckich rze·b,
studiował atlasy anatomiczne.
Nauczyciele jednak uważali go za przeciętnego. Kiedy przyznał się
przed maturą, że chce zdawać na ASP, byli nieco poruszeni. Usiłowali
mu nawet delikatnie wytłumaczyć, że należy mieć odrobinę krytycyzmu
w stosunku do siebie i realnie oceniać swe możliwości.
Internat Liceum Plastycznego mieścił się w budynku sądu. Przewodnictwo
nad liczącą 30 łóżek sypialnią objęli Romek Zieliński i Kazio Kawa
(dziś absolwenci ASP), organizując cale towarzystwo w swoistą bohemę
artystyczną. Nocą chłopcy przemykali się do wielkiej sali sądowej,
Tam rozkładali sztalugi i malowali do białego rana. Wszyscy byli
oczywiście wielkimi artystami i pozostawali pod urokiem Młodej Polski.
Nocne "plenery" odbywały się więc w atmosferze spod znaku moderny.
Podczas tworzenia bardzo mrocznych i niesłychanie mistycznych obrazów
dyskutowali o Sztuce dla Sztuki, o Czyste j Formie, o swoich artystycznych
misjach. Ubierali się na czarno, czytali Witkacego i programowo
odrzucali przedmioty ścisłe, którymi dręczono ich w szkole.
Seanse w sali sądowej pasjonowały również Staszka, ale miał do nich
osobliwy stosunek: owe nastroje i dysputy wyzwalały w nim wewnętrzny
sprzeciw, a młodopolskie zaśpiewy brzmiały mu jakoś fałszywie. I
choć starał się zgłębić ich sens, utwierdzał się coraz bardziej
w przekonaniu, że koledzy po prostu błaznują.
Malarskie płótno zalewają setki rozpędzonych świń tłustych, różowych,
wesołych. Na jednej z nich siedzi na oklep roześmiana od ucha do
ucha dziewczyna. Porywa ją pęd, uszczęśliwia obecność rozhasanych
zwierząt. Błyskawicznie kojarzę ten obraz z czymś, co znam dobrze
- z arcysławnym "Szałem" - Podkowińskiego kwintesencją młodopolskiej
sztuki. Obraz Staszka Baja wydaje się być zręczną trawestacją "Szału".
Miejsce wyuzdanej panienki zajęta krzepka, rumiana dziewucha miejsce
ogranego do banału motywu konia niepopularne w malarstwie świnie.
Szał stał się radosnym pędem, a bliskość człowieka i zwierzęcia
to nie objaw obłędu, ale wspólne przeżywanie radosnej chwili.
Mądrości życiowej szukał w prawdach najprostszych - wydawały się
mu najszczersze i najbardziej autentyczne. W dzieciństwie ujeżdżał
prosiaki i czuł się wtedy najzwyczajniej szczęśliwy. Młodopolskie
dysputy kolegów były mu obce: nie musiał za wszelką cenę upodabniać
się do nich. Mimo że zamknięty w sobie, milczący, nie miał kompleksów.
Bardzo wcześnie zrozumiał, że największe wartości wyniósł z rodzinnego
domu. Z podobnych ·ródeł wynikała jego niechęć do sztuki abstrakcyjnej.
Kiedy jechał do Warszawy na egzamin wstępny, matka popłakiwała,
bo mogła mu dać tylko na bilet. Nie wiedziała nawet jakie słowa
otuchy mu ofiarować, bo tak naprawdę, choć była zawsze przy nim
i z nim, nie bardzo wierzyła, że sforsuje mury elitarnej uczelni.
W Warszawie zobaczył ekstrawagancki tłumek przyszłych artystów,
którzy przybyli na egzamin własnymi samochodami i dla których -
o czym informowali głośno - egzamin miał być tylko czystą formalnością.
Powtarzał w myślach: żeby tylko dobrze narysować, nic innego nie
przychodziło mu do głowy. No i narysował wyjątkowo dobrze.
Akademia rozczarowała go przyjemnie. Nie było tu tak wielkich barier
i przeszkód, na jakie byt przygotowany. Malował krzesła, wazony,
podstarzałe modelki, pracował nad kompozycją, nad ustawieniem modelu,
dążył do oszczędności środków wyrazu i nie był w tym wszystkim najgorszy,
a nawet zauważono go i uznano za zdolnego. Problem w zasadzie był
jeden - dotyczył on koncepcji własnej twórczości; która różniła
się znacznie od tego wszystkiego, co realizowano wokół. Twórcze
poczynania kolegów, swobodnie z wdziękiem wyrażających się w abstrakcjach,
nie znajdowały w nim aprobaty, ani tym bardziej chęci naśladowania.
W jego uporządkowanym, konkretnym widzeniu świata nie mieściły się
zjawiska nie nazwane i nie określone. Nadto dobrze uświadamiał sobie,
że tylko za pomocy realistycznych środków wyrazu potrafi przekazać
swoje życiowe doświadczenia i obserwacje. Dla innych jednak proponowane
przez niego tematy wiejskie były prawie nie do przyjęcia, pachniały
niemodną w malarstwie literaturą i czymś, co określano mianem "chełmońszczyzny".
Takie jego fascynacje mogły wydać się co najmniej dziwne. Kto z
szanujących się współczesnych malarzy rozsmakowuje się dziś w realistycznych
obrazach ."Pieredwiżników"? Ale jego wprost porażała swoim bogactwem
twórczość Riepina - wielkie płótna z kłębiącą się ludzką masą, w
której jednak każda twarz była plastyczna, czytelna i niosła odrębną,
własną prawdę o pojedynczym człowieku.
Fascynacją drugą stał się Piotr Bruegel - genialny malarz niderlandzkich
chłopów, który z wesołą nonszalancją i psychologiczną przenikliwością
malował chłopskie scenki, nadając im głęboki filozoficzny sens.
Odnalazł się w pracowni prof. Maciąga. Tutaj fascynacje i pomysły
Staszka Baja znalazły pełne zrozumienie i pełną aprobatę. Zaczął
malować w jakimś zapamiętaniu, pełen emocji, o które nikt by go
nawet nie podejrzewał. Na jego płótna wtargnęli nagle z całym bogactwem
swych przeżyć, myśli, zwyczajów - nadbużańscy chłopi. Ich świat,
w którym wszystko było inne niż w mieście. Gdzie pospolity dla mieszczucha
gnój był taką samą wartością jak ziarno, jak wszystko, co wiąże
się z ziemią i z pracą.
Gnój na wozie jest brunatno-złocisty, połyskuje ciężko na tle błękitnego
nieba. Jadą na nim kobieta i mężczyzna. Na ich zmęczonych twarzach
maluje się leniwy spokój. Obecność, zapach, ciepło gnoju działa
kojąco przynosi ulgę i sen. Obok wozu idzie samotna kobieta. Po
brzydkiej, ciemnej twarzy błądzi uśmiech tajemniczy i frapujący,
pełen i radości, i zadumy, i melancholii. Tak finezyjnie potrafi
uśmiechać się pewna dama z obrazu Leonarda da Vinci... Ile trzeba
w sobie mieć miłości, szacunku do ludzi, aby prostą, utrudzoną ładowaniem
gnoju twarz wiejskiej kobiety uczcić uśmiechem Mony Lisy...
Jest wciąż z nimi. Z mieszkańcami Dołhobrodów. W każdej wolnej chwili
przyjeżdża do domu, z ojcem żniwuje, z matką obrządza inwentarz.
Ale jest już inny. Jest już z zewnątrz. Ludzie przestali mu tak
chętnie, jak niegdyś, pozować. Musi podpatrywać ich z ukrycia, musi
zadowalać się bardzo skrótowo wykonanymi szkicami. Nie chodzi nawet
o to, że zmienił się jego ubiór, mowa, sposób bycia. Nie chodzi
o to, bo tak naprawdę zmienił się niewiele - pozostała w nim nawet
owa "nadbużańska" miękkość, objawiająca się w leniwym uśmiechu,
w płynnych, jakby zwolnionych nieco ruchach, w serdeczności, z jaką
odnosi się do wszystkich bez wyjątku ludzi.
Potrafi twarz chłopki ozdobić uśmiechem damy Leonarda, ale potrafi
też pokazać kolorowy jarmark, na którym tępieją i dziecinnieją ludzkie
twarze w zachwycie nad szmirą i tandetą, w bezrozumnym podziwie
dla piłeczki podskakującej na gumce: Maluje rodzącą krowę i skupionych
wokół niej ludzi, którzy z nabożeństwem, wręcz z mistycyzmem odbierają
cielę. Ale na innym obrazie ten sam człowiek z bezrozumnym okrucieństwem
zabija bezbronnego ptaka.
Zmieniło się a raczej wyostrzyło się tylko jego spojrzenie na wieś
i na je j mieszkańców. Patrzy teraz inaczej - głębiej, mądrzej,
bardziej obiektywnie. Wieś nie jest dla niego ani gorzkim wspomnieniem,
ani świętością, przed którą się klęka. Jest sceną, na której rozgrywa
się życie, z której płyną słowa i czułe, i gorzkie.
ANNA JABŁOŃSKA |

|