Free Web Hosting by Netfirms
Web Hosting by Netfirms | Free Domain Names by Netfirms

 
Napisz do nas

Z potrzeby serca
Rozmowa z artystą plastykiem Stanisławem Bajem


16 marca br. w lokalu PEKAO przy ul. Roncesvalles w Toronto otwarto wystawę prac malarskich prof. Ludwika Maciąga z Warszawy.

Wernisażem tym zainaugurowano działalność Galerii PEKAO w Toronto, nobilitując jak gdyby w ten sposób lokal handlowy i równocześnie tworząc stałe miejsce dla ekspozycji malarskich. W okresie wiosny i lata w galerii tej wystawiali swoje prace A. Pawłowski, J. Kołacz, K. Głaz, J. Denisiuk, L. Wyczółkowski, L. Lampart, K. Sadowska, I. Nowicka i od 18 do 31 pa·dziernika artysta plastyk Stanisław Baj z Warszawy.

Artysta należy do młodego pokolenia inteligencji polskiej, urodzony już po wojnie. Pochodzi z małej wsi Dołhobrody w powiecie podlaskim. W latach 1972-1978 studiował w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych na Wydziale Malarstwa. Dyplom z wyróżnieniem otrzymał w roku 1978. Uczelni swojej pozostał wierny do dziś, prowadząc tam obecnie działalność dydaktyczną i naukową.

Na przestrzeni lat 1975-1991 Stanisław Baj miał 14 wystaw indywidualnych i brał udział w ponad 25 ekspozycjach zbiorowych. Wystawiał m.in. w Niemczech, Austrii, Czechosłowacji, Anglii i Francji: Jego wystawa w Galerii PEKAO była pierwszą w Ameryce Północnej.

Bezpośrednio przed powrotem do Polski na początku listopada br. poprosiliśmy go o wywiad dla "Przełomu". Oto jego refleksje i wynurzenia.

Roman Buczek: - W marcu br. mieliśmy w Galerii PEKAO wystawę prac prof. Ludwika Maciąga z warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, która cieszyła się bardzo dużym zainteresowaniem publiczności. Pan jest uczniem prof. Maciąga. Może mógłby Pan powiedzieć, jak u Pana zrodziło się zainteresowanie malarstwem?

Stanisław Baj: - Ja myślę, że wszelka , autentyczna twórczość rodzi się z wewnętrznej potrzeby, która jest głównym motorem także i w moim malarstwie. Dużo trudniej jest mi natomiast odpowiedzieć kiedy się ono zaczęło. Jest to z. całą pewnością też kwestia jakiejś intuicji; która się uzewnętrznia już w latach. szkolnych w bardzo młodym wieku. Nie można przy tym zapominać o uwarunkowaniach zewnętrznych towarzyszących rozwojowi działalności twórczej. W moim wypadku była to wieś i oddziaływanie tego środowiska na moją osobowość było bardzo silne. Tak się szczęśliwie złożyło, że w mojej wsi było kilku wspaniałych poprzedników, którzy poszli do liceum plastycznego, więc ludzie już się przyzwyczaili do tego rodzaju zawodów i nie mieli jakichkolwiek niechęci. Zresztą moja wieś Dołhobrody nad Bugiem (obecnie województwo podlaskie) jest bardzo tolerancyjna, powiedziałbym nawet - otwarta: Tak np. w tym roku w Dołhobrodach odbył się międzynarodowy festiwal muzyki wschodniej. Jest to mała wieś, która nie ma warunków do przyjęcia jakiejś większej grupy osób, to jednak przez dwa tygodnie było 70 osób z Litwy, z Białorusi, z Ukrainy, z Czechosłowacji no i oczywiście z Polski, stanowiących różne zespoły muzyczne, bardzo profesjonalne, które spotkały się, żeby zaprezentować muzykę ludową kresów i to właśnie w sposób naukowy, bo byli również i demografowie. Chodziło o to, żeby dotrzeć do ·ródeł, do korzeni, skąd się ta muzyka wywodzi. Również były przykłady, co na tych ziemiach ma wielkie znaczenie, zespołów czy nawet śpiewaków z muzyką żydowską. i co się okazało - wieś przyjęła to bardzo życzliwie, mimo fatalnych warunków, bo jakie mogą być w małej wsi warunki dla dużej grupy osób, ale przecież chodziło o stronę merytoryczną całego zagadnienia, a ludzie mieli wielką satysfakcję, że coś takiego w ich wsi się odbyło.

- W związku z tym mam nadzieję że nauczyciele w pańskiej wsi zawsze odgrywali znaczącą rolę. Czy z ich strony miał Pan jakieś zachęty, aby pójść właśnie do liceum plastycznego a następnie dalej?

- Tak. To bardzo dużo zależy od konkretnego nauczyciela, z czego dopiero teraz zdaję sobie sprawę. Wiadomo bowiem, że młodzież ma różne potrzeby twórcze, ale, jeżeli nie dostaje bod·ców pobudzających, to potrzeby te mogą przez całe życie pozostać uśpione. Ja miałem to szczęście w szkole, że uczyła nas wspaniała nauczycielka, która potrafiła zainteresować mnie sztuką i zachęcić do kultywowania rysunku i malarstwa. Bez tego byłoby mi też bardzo trudno. Natomiast w liceum plastycznym inaczej to przebiegało, ponieważ był to też inny wiek w moim życiu. Tutaj elementem zasadniczym było życie w grupie. Ja mieszkałem akurat w internacie, gdzie wytworzyła się specyficzna atmosfera na tle wzajemnych kontaktów, wzajemnego dopingu i potrzeby malowania. I to chyba było najbardziej istotne w całym okresie mojego pobytu w liceum plastycznym.

- Czy już wówczas zaczął Pan coś malować?

- O, jak najbardziej. Człowiek wówczas był bardzo odważny i chciał cały świat zawojować. Robiło się od razu wiele rzeczy, zwykle na wyrost i bez przygotowania. Było to jednak naturalne i stanowiło określony etap. Ukończenie liceum pozwoliło mi ubiegać się o przyjęcie do warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych.

- Pamiętam, że była to epoka egzaminów wstępnych. Jak Pan przez nie przebrnął?

- Ja miałem to szczęście, że zdałem te egzaminy za pierwszym razem. Nie wiem jak się to stało, w każdym razie zdałem. A były to egzaminy dość ciężkie i skomplikowane, ponieważ składały się z kilku etapów. Wstępem było przestawienie prac "domowych" komisji, selekcyjnej, pó·niej - przez tydzień czasu - - były egzaminy praktyczne obejmujące rysunek, malarstwo i kompozycję, następnie stawało się przed komisją, która kwalifikowała do egzaminu ustnego itd.

- Czy ten system utrzymał się do dzisiaj?

- Tak.

- A jak z perspektywy czasu i już na podstawie własnych doświadczeń pedagogicznych; ocenia Pan ten system doboru kandydatów na studia wyższe o profilu artystycznym?

Ja myślę, że są plusy i minusy tego systemu. Sytuacja, jaka była do tej pory zmuszała, że to miało właśnie taki wyraz. Kryteria przyjęć musiały być nieco ostrzejsze ze względu na nadmiar kandydatów i ograniczoną ilość miejsc. Jeśli powiem, że na jedno wolne miejsce było dziesięciu kandydatów, a czasem więcej, to może przybliży nam występujące proporcje.

- Czy nie należało się raczej z tego cieszyć, że kraj posiada tyle uzdolnionej młodzieży, która pragnie studiować, zamiast tworzyć jej bariery uniemożliwiające rozpoczęcie studiów?

- Tak. Na pewno. Mnie się wydaje, że życie jest najlepszym egzaminatorem i żadna komisja "selekcyjna" nie potrafi tego, co zrobi z człowiekiem jego pó·niejsze życie. I to jest chyba najlepszym sprawdzianem przydatności danej jednostki do życia społecznego, a nie jakieś zagmatwane, wieloetapowe komisje "selekcyjne"?

- Myślę że to się będzie zmieniać na korzyść, być może już w bliskiej przyszłości.

- Czy studia pozwoliły Panu na określenie swojego kierunku zainteresowań?

- Myślę,. że tak. Z tym; że potrzeby. używania w malarstwie różnej formy, od tej jakiejś bardzo nowoczesnej do bardzo realistycznej, były już w liceum. Wtedy mieliśmy w ogóle bardzo dużo różnego rodzaju eksperymentów. W okresie studiów, jeszcze na pierwszym i drugim roku, dalej się to kształtowało. Wąska tematyka, jaka teraz jest, to zwykle pojawiała się dopiero pod koniec studiów. Ale bardzo mi w tym pomógł bezpośredni kontakt z profesorami Maciągiem i Byliną.

- Czym się to charakteryzowało?

- Najogólniej rzecz biorąc chodziło o to, że każdy malarz powinien w sposób jak najbardziej indywidualny i prawdziwy robić to, co mu dyktuje serce, to, co mu pó·niej dyktuje rozum, ale żeby to było na pierwszym miejscu, taka autentyczność, taka niepowtarzalność i szczerość. Dopiero z tego wynikają jakby następne elementy, a więc sprawy warsztatowe. Tego warsztatu ja się uczyłem u profesorów Ludwika Maciąga i Michała Byliny. Zresztą byłem też i u prof. Jacka Szyickiego, co też sobie bardzo chwalę, bo z kolei to mi dało dystans, jeśli chodzi o patrzenie na obraz, dystans taki bardzo formalny nawet i to też jest dosyć ważne. Właśnie jakby tak każdą z pracowni wymieniać, to każda z nich coś wnosiła. Bardzo na przykład cennym pedagogiem w uczelni był prof. Juliusz Łowicki. On z kolei prowadził przygotowanie czysto abstrakcyjnej budowy obrazu i to było dla mnie wspaniałe, bo przy jakimś realistycznym pó·niej założeniu malowania, tych rzeczy nie należy pomijać, to jest tak samo ważne, aby ta komunikatywność wypowiedzi była jak najlepsza.

- Co wobec tego przyjął Pan jako swoją specjalność?

- Czasami przypadki decydują o różnych sprawach, ale takie jest życie. Zaczęło się bardzo przypadkowo, jeśli chodzi o portret. Otóż miałem kolegę, który był słaby psychicznie i "wylądował" w szpitalu dla psychicznie chorych. To było nieszczęście. Ja go odwiedzałem i pewnego razu zaproponował mi, żebym przy takiej wizycie porysował sobie te postacie, które tam były. Ja to ogromnie przeżyłem. W każdym razie zrobiłem cały cykl rysunków i od tego czasu "odblokowałem" się na portret, zauważyłem, że to mi sprawia dużą przyjemność. Ale to był właściwie decydujący moment, że to się akurat zrodziło z rysunku. To pó·niej zadecydowało o tym, że się właśnie zwróciłem w kierunku już człowieka, w ogóle postaci i samego portretowania. I tak, jak już powiedziałem, młodość działa, człowiek chce podbić od razu, natychmiast, cały świat, chce być najważniejszy wśród malarzy a pó·niej przychodzi życie i okazuje się, że to jest zupełnie inaczej, że to wcale nieprawda, że to wymaga intensywnej pracy i wtedy zacząłem się zastanawiać, że może by tak spróbować na zupełnie maleńkim własnym podwórku, żeby zrobić pewną odwrotność. I tak się zaczęło.

- Wśród obrazów wystawionych przez Pana w torontońskiej Galerii PEKAO znajduje się kilka takich ciekawych , portretów, jak np. "Staszek P", "Adam Łobacz", "Matka", "Babcia", "Dziewczyna" i inne, które wskazują na niepowtarzalność ich artystycznego piękna. Twarze są zawsze poważne, pełne skupienia i jakby pełne pewnego smutku czy może tylko zamyślenia, bo taka też jest psychika chłopa obcującego na co dzień z głęboką tajemnicą natury. Ale obok tych wspaniałych portretów mamy także wiele pięknych, wprost fascynujących, obrazów pejzaży, jak np. "Skarpa", "Dołhobrody", "Skarpa na Bugu", "Sosny", "Bug" itd. Jak ten kierunek twórczości zrodził się u Pana?

- Zaczęło się to też od kolegi ze studiów, który zaczął malować wieś w sposób inny niż ja, ale bardzo specyficznie. Pojechał on do swojej wsi rodzinnej w powiecie zamojskim, aby tam wykonać prace dyplomowe i to mi się bardzo spodobało. Przede wszystkim spodobała mi się jego postawa, że właściwie można tam to wszystko robić. I ja podobnie zaryzykowałem. Główną siłą napędową była jednak świadomość, że pochodzę ze wsi i to moje otoczenie zawsze jakoś wychodziło, gdyż to się lubiło najbardziej. Z tym, że pejzaż u mnie pojawił się dosyć pó·no, gdyż dopiero jakieś 4-5 lat temu zacząłem malowanie.

- Jakie perspektywy widzi Pan dla twórczości malarskiej w obecnej Polsce? Słyszy się i czyta w prasie, że kultura w kraju schodzi na psy? Co Pan o tym myśli?

- Jeżeli chodzi o malarstwo, to myślę, że bardzo dużo się zmieni. Ze względów ideologicznych było do tej pory bardzo ·le...

- Ale były przynajmniej pieniądze...

- I to bardzo dużo. Natomiast teraz dochodzi inny element, mianowicie ekonomia. I to na pewno wiele rzeczy ustawi inaczej, po prostu malarzy nie zawsze będzie stać na to, żeby sobie swobodnie uprawiać twórczość. To jest rzecz bardzo prozaiczna może, ale trzeba będzie mieć drugi zawód praktyczny, żeby ewentualnie pó·niej uprawiać twórczość artystyczną. I będą to wyjątki, które będą żyć tylko z malowania. Problem komercjalizacji w sztuce jest szalenie ważny. Przecież mogą działać te wszelkie reguły ekonomiczne - i to jest bardzo dobre - natomiast jest ważną rzeczą, żeby w ogóle człowiek temu na wskroś nie uległ. Że jednak malarstwo jest tą wartością, która jest jak gdyby niezależna od tego.

- Czyli bez mecenasa się nie obejdzie?

- Wprawdzie jest taka nowa jak gdyby grupa ludzi w Polsce, którzy posiadają pieniądze. Są to rzemieślnicy, właściciele prywatnych spółek itp., którzy mają nawet bardzo dużo pieniędzy. Jest to oczywiście jeszcze nieliczna grupa, ale się tworzy i w tej grupie zdarzają się nieliczne postacie, które zaczynają rozumieć wyższą potrzebę kontaktów, bardziej duchowych z drugim człowiekiem, czy kontaktu z obrazem, bo to ich w jakiś sposób uszlachetnia.

Ja akurat miałem to szczęście, że poznałem takiego człowieka, nazywa się Krzysztof Policiński, który oprócz tego, że robi ogromny biznes, to jednak w sobie odnalazł taką potrzebę kontaktu właśnie z obrazem. Zrobił dwa plenery prywatne, co jest u nas rzadkością, właściwie po raz pierwszy zrobił tego typu rzecz, że normalnie, za własne pieniądze zaprosił ludzi, którzy przez trzy tygodnie malowali obrazy.

- Gdzie te plenery się odbywały?

- Te plenery robił w zamku w Reszlu (Pomorze Zachodnie). Tam od pewnego czasu jest Dom Pracy Twórczej dla plastyków. Przy okazji chciałbym dodać, że p. Policiński poszedł jeszcze dalej. Otóż jest on współdzierżawcą ogromnej sali zamkowej i tam właśnie prace z plenerów są wystawiane: Stworzyła się nawet swego rodzaju galeria, którą on również współfinansuje.

- To bardzo ciekawa postać, ale przecież jeden człowiek i to zajmujący się wielkim biznesem, nie jest w stanie mecenasować całej kulturze w Polsce. Tu powinny zajmować się kompetentne czynniki, jeżeli takie są. Ja widzę określone zagrożenia przed polską kulturą.

- To, co powiem, stanowi pewne uogólnienie, ale boję się, że ludzie mogą zachłysnąć się tymi dobrami ekonomicznymi i wówczas może być mało miejsca na sztukę. To się rysuje i to jest poważne zagrożenie.

- A czy nie sądzi Pan, że tego rodzaju "koszt" jest jak gdyby z góry wpisany w cenę reform i zmian, które się właśnie dokonują?

- Tak mówią historycy i ekonomiści, chociaż ja bym sobie tego nie życzył, żeby takie "koszta" były, gdyż wartości kulturalne właściwie decydują, o obliczu każdego. społeczeństwa, nie ekonomia, która jest tylko formą dla tego wszystkiego.

- Wystawa Pańska cieszyła się dużą popularnością wśród tutejszego środowiska polonijnego. Na otwarciu w dniu 18 pa·dziernika, był ambasador RP p. Alojzy Bartoszek z małżonką, był przewodniczący Polonii Jutra, p. inż. Stanisław Orłowski, był Zarząd spółki PEKAO z prezesem Januszem Szatobą na czele, byli przedstawiciele PLL LOT i reprezentanci polonijnego życia kulturalnego. To z pewnością dla Pana duża satysfakcja. Jakie wrażenia wywozi Pan z Toronto?

- Jak najbardziej pozytywne. Korzystam też z okazji, aby za pośrednictwem "Przełomu" podziękować jeszcze raz Zarządowi PEKAO w Toronto i Polskim Liniom Lotniczym LOT za wszechstronną pomoc i życzliwość w czasie mojego pobytu w Kanadzie.

-Bardzo dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał ROMAN BUCZEK

"Przełom", 18.XII.1991