|
Ufam
Bajowi i Jego obrazom, bo wiem, że mogę im padać rękę, porozmawiać
z nimi... Ktoś powiedział kiedyś do mnie o Staszku, że jest malarzem
jednej wsi. Tak, odpowiedziałem, tak, tylko ta Jego wieś jest
całym światem. Podziwiam Baja, bo siłą swego charakteru to co
chłopskie uczynił uniwersalne, wynosząc chłopskie relacje do ziemi,
do świata, do Boga, do życia i do śmierci, do rangi najpełniejszego
doświadczenia ludzkiego.
Przez wiele lat mojej serdecznej prawdziwej przyjaąni ze Staszkiem
Bajem, myślałem że On potrafi tylko malować. Dopóki nie dostałem
pierwszego listu z Dołhobród i dopóki nie uprosiłem Go o listy,
następnie o zgodę na to, by móc je publikować w "Nowej Wsi". Toteż
kiedy poproszono mnie o tekst do katalogu kolejnej wystawy obrazów
Baja, wiedziałem, że poza kilkoma słowami, nic nie napiszę, ale
z Jego własnych tekstów ułożę Jego własny list, do Jego własnego,
chłopskiego świata. Ten właśnie świat Stanisław Baj nazywa swoim
najlepszym przyjacielem.
KAZIMIERZ DŁUGOSZ
***
Z moim malowaniem jest tak, jakbym pisał... testament, w imieniu
tych wszystkich chłopów, co byli i już odeszli, w imieniu mojego
Ojca i Matki, i Was wszystkich, na których kończy się chłopski
świat, także mój chłopski świat. Chcę napisać taki chłopski testament,
namalować go, by została pamięć o przeżytym, o odchodzącym chłopskim
świecie, którego mam za najlepszego przyjaciela. Jest smutny ten
mój przyjaciel -chłopski świat. Na moich oczach umiera. Zachorował
wiele lat temu na nieuleczalną chorobę, która gasi jego śmiech,
radość życia, miłość do świata i do ziemi, do ludzi, do traw,
do ptaków, do drzew...
Nić życia tego świata, wijąca się przez całe wieki zmierza do
kresu. Może dlatego musi umrzeć, bo nie może się zmienić? Może
dlatego maluję ten świat, żeby go ocalić, obronić przed wielkim
milczeniem, któremu na imię zapomnienie? Maluję tak; żeby wypowiedzieć
w każdym obrazie wszystko, jakby się mówiło po raz ostatni, jakby
się pisało swój testament... Dziś kolejny już dzień jak siedzę
w stodole, która coraz bardziej pusta i smutna, bez siana, słomy,
snopków ż czerwonej gryki, bez starego wozu i zapachu przepoconej
poduszki chomąta. Siedzę, a właściwie trwam w bezczynności razem
z moimi obrazami; które porozwieszałem na ścianach stodoły i widać
nic się nie stało ważnego. Wnętrze bardzo piękne, surowe, poprzez
obecność obrazów, mimo że chłopskich, stało się nijakie! Obrazy
mają swoje miejsce na ścianach domów u ludzi lub w muzeach czy
galeriach. Widzisz Kazik, obraz, a właściwie jego działanie, bez
człowieka nie istnieje, pozostaje wówczas tylko kolorowym przedmiotem.
Dopiero człowiek w kontakcie z nim daje życie. Wtedy następuje
to uzupełnienie, powiązanie zamysłu i nastroju malarza poprzez
obraz z drugim człowiekiem. Ta niema wymiana uczuć i myśli poprzez
obraz staje się pomiędzy lud·mi. Obrazy w stodole? Jakby nie na
swoim miejscu. Stodoła potrzebuje być pełna, ba, pękata od siana,
snopków, od zapachów z pola, z szelestem myszy i chroboczących
korników. To są zapachy i odgłosy upływającego czasu. A teraz
w mojej stodole właściwie nic się nie dzieje, jest cicho jak w
wielkim grobowcu. Czasem tylko Matka stanie na progu stodoły,
obetrze fartuszkiem łzy i z żalem westchnie za tym wszystkim,
co się w tej stodole kiedyś wydarzyło, mimo że bywało właściwie
ciężko, ale miało się chęć do ogromnej pracy, do radości, gdy
wypełniało pod sam dach urodzajnym zbożem. Tak wiele w tej stodole
się wydarzyło...
Chciałem
napisać ciekawy list do Ciebie przyjacielu z mojej stodoły, ale
sam widzisz jak tu smutno i pusto. Coraz rzadziej pojawia się
sąsiad i przysiada na desce na której kiedyś było dużo siana.
Uciekają sąsiedzi w zaświaty coraz ich mniej.
Niedługo to i pamięć po nich ucieknie gdzieś tam daleko.
Naprawiłem też stary plot i okazało się, że nie ma już czego ogradzać,
chyba tylko te wspomnienia, nieistniejący chłopski świat, który
zatrzymał się może jeszcze tylko w ciszy, wietrze, wśród starych
grusz i zarośniętych ścieżek.
Czy można najlepszemu przyjacielowi nie wyjawić myśli, nawet bardzo
ukrytych gdzieś głęboko w duszy, o których nigdy nie mówimy w
świetle, bo się boimy śmieszności. A to czego chłop na wsi nie
lubi, czego się boi, myślę zresztą, że nie tylko chłop; a każdy
człowiek, to być ośmieszonym. To tak jakby godność rzucić między
śmieci. A przecież godność chłopa i króla to jedno. ¦więta rzecz.
Jak czasem na wsi maluję kogoś po raz pierwszy, ale on jest swój
- tam zresztą wszyscy są swoi, z jednej wsi - to prawie zawsze
pada pytanie: Czy to aby nie śmiech? To bardzo ważne mieć szacunek
do kogoś takiego jakim jest i nie lekceważyć go. Taka postawa,
szacunek dla czyjegoś poczucia godności i poczucie własnej godności
daje porządek wszystkim wartościom. Człowiek jest tu najważniejszy.
Mam mieć wystawę swoich chłopskich portretów w ważnym miejscu.
Przy omawianiu tytułów obrazów podawałem imiona i nazwiska osób
portretowanych, dlatego że są to bardzo konkretni ludzie z mojej
wsi. I przy prawie każdym imieniu pojawiało się słowo wujek lub
ciotka. Zapytano mnie, czy to jest aż tak liczna rodzina. Dopiero
wówczas uświadomiłem sobie naturalną rzecz, która wydawała mi
się tak oczywista, że nawet o tym nie myślałem. Oczywiście, że
z urodzenia nie była to moja rodzina, a nawet z rodziny poza Mama
niewiele osób malowałem. Ale dla mnie ci wszyscy sąsiedzi, bliżsi,
dalsi, prawie cała wieś, to wujkowie i ciotki. W ten sposób, zupełnie
naturalny, wyrażało się szacunek i to, że się ich zna jak jedną
wielką rodzinę. W tej naszej wsi jest tak, jakby się mieszkało
w jednym wspólnym domu: wspólne jezioro, wspólna droga, ptaki,
niebo, pogoda i niepogoda, nawet bliskość jest wspólna; więc dlaczego
nie mam nazywać moich sąsiadów wujkami, ciotkami, jak najbliższej
rodziny? Ja wiem, że w mieście takie coś może się bardzo nie podobać,
ba, często tego doświadczam, ale możesz mi Kazik wytłumaczyć -
dlaczego?
O swoim malowaniu? Wiem coraz mniej. Czy kiedykolwiek wiedziałem
tyle, ile moja Matka wie o pieczeniu chleba, o tym jak ziemia
rodzi; jaki ma zapach trawa; pot, łzy i o prawdziwej ludzkiej
samotności? Może rację mają ci, którzy sądzą, że w malowaniu należy
odrzucić wszelkie tęsknoty, sentymenty, że liczy się tylko ścisła
kalkulacja podziału kompozycyjnego, fizycznego zestawienia koloru,
cała materialna tylko struktura obrazu?
Ja nie wiem jakie jest moje malarstwo. Dobre czy złe? Nowatorskie
czy wtórne? Wiem tylko, że jak przy niemal każdym moim powrocie
da wsi, któryś z sąsiadów odchodzi na zawsze, robi się coraz bardziej
pusto, to wtedy jest ogromny jakiś żal i bunt, i pretensja, by
to wszystko co razem rosło z sąsiadami, z nami w domu, ze mną,
nie odeszło tak zupełnie bezpowrotnie. Było to bowiem w swoim
trudzie, doświadczeniach i wartościach czymś jedynym i niepowtarzalnym
najważniejszym; warte lepszego losu i dobrej pamięci...
Każdej wiosny z moją Mamą; nic do siebie nie mówiąc, ale jakby
na przekór umieraniu, w milczeniu sadzimy młode drzewa w naszym
sadzie. Bo i sad stał się już bardzo sędziwy, też wiele widział,
wiele się napracował przez lata. i umiera. Co jakiś czas złamie
się lub uschnie gałą· starej gruszy dziadka lub jabłoni. A kiedy
już zostaje goły, suchy pień drzewa, który nie ma nawet drobnej
gałązki, by na niej rodzić owoce; sadzimy obok niego świeże drzewko!
I to świeże drzewko jest u nas jedynym stworzeniem, które wzrasta,
kwitnie i owocuje. Bardzo dbamy o te drzewka. Coś trzeba przecież
ocalić, może chociaż ten sad, który usycha, ale i odradza się.
Sadził go jeszcze mój pradziadek, który przed dziećmi liczył jabłka
i gruszki, i który spał w letnie, ciepłe, krótkie noce w sadzie,
by chronić go przed złodziejami. Ale i tak mało kiedy mu się to
udawało. Dziś sad nie ma płotu i to jest tak, jakby był niczyj
albo może wszystkich. Każdy kto chce, w tym niepilnowanym, nieogrodzonym
sadzie, zrywa jabłka...
***
Przyjacielu!
Często zastanawiam się; dlaczego i jaka siła każe mi wciąż malować
ludzi z mojej wsi, sąsiadów, ogorzałe ludzkie twarze z charakterystycznym
bladym refleksem ciała tuż przy włosach. Jest to miejsce, które
nigdy nie widziała słońca, bo trzeba nosić czapkę i chustkę przez
cały rok, nawet w upalne dni. Chusta świadczy o skromności, wyciszeniu,
a uległości. Z czapką. zresztą podobnie, tyle z nią wygody co
i powagi. Czapką dopiero uzyskuje się wyraz w geście pozdrowienia.
To miejsce na twarzy od chusty czy czapki, przy malowaniu zawsze
dawało świetną możliwość używania zdecydowanych różnic w kolorach
twarzy. Od ciemnobrązowych, czerwonych, po bliskie rozbielenia,
świecące i świetliste. Na tak małej powierzchni jak ludzka twarz
są jakby dwa różne światy: ciemniejszy nasycony, który widzi jasność,
i ten jasny, który widzi ciemność. Jakaż to prawdziwa przemienność
barw, jakby przemienność światów.
Przy malowaniu ludzi z mojej wsi czuję zawsze obawę i ciekawość,
ale i niepewność, czy aby to, co w tej chwili robię jest dobre?
Czy to, że maluję chłopa jest potrzebne? Jak już się człowiek
narodził, to żyje, rośnie jak drzewo, rozrasta się w rodzinie,
w pracy. Jeden lepiej, drugi gorzej, ale każdy żyje na swoim miejscu
i z tego miejsca jeden drugiemu się przygląda. Więc, gdy już człowiek
przeżyje całe swoje życie i przybierając nową postać, rozpadnie
się, to może tylko jak ziarno martwiejąc wyrośnie w inny kłos.
Więc po cóż jego portret? Po cóż zatrzymanie jednego kłosa? Naturalny
rytm chłopskiego istnienia na ziemi jest zamknięty. Chłop, mój
sąsiad, jest pogodzony z naturalnym rytmem przemijania, zamkniętym
w odwieczny cykl narodzin, życia i umierania. Po co go malować?
Trwają i dzieją się dzieje, trwają pokolenia, a ja, moi sąsiedzi,
moja wieś, my - przeminiemy. A może to dlatego ulegam marzeniom,
by pewne bardzo ważne sprawy mojej wsi ocalić i zatrzymać.
Więc jak już ta wieś zaczęła coraz bardziej odchodzić, coraz bardziej
pustoszeć i umierać, zabrałem się za malowanie jej portretu. Niech
chociaż jako obraz pozostanie. Odchodzi przecież wieś, która sama
sobie radziła z życiem, miłością, kulturą, wiarą... Sama wymyśliła
dla siebie i dla nas wielkie dzieło - Chrystusa Frasobliwego.
Sama się leczyła i sama się też straszyła wymyślając sobie tysiące
duchów, strachów, diabłów. Jeśli taka wieś odchodzi, to choć pó·niej
niech zostanie parę portretów. Jak na kamieniu niech się odcisną
ślady, że tu na skraju świata żyli ludzie, kochali się, cierpieli
i umierali. Blisko polskiej duszy, blisko, bliziutko ziemi.
Pozdrawiam Cię Kazik
Stanisław Baj
***
Kazik,
Przyjacielu!
... Wiesz, często wracam myślami do wystawy moich obrazów we Włodawie.
Miała być oczekiwanym od dawna przełomem, zamknięciem drzwi do
dawnego mojego świata pełnego sąsiadów, łąk i pól nadbużańskich,
matczynych tez i opowieści tych, których malowałem i z którymi
przeżywałem tę naszą wieś. Dziś uświadomiłem sobie jak oni po
kolei, cicho odchodzili z naszej wsi, jak bardzo niezauważalnie.
Tylko w upalne niedzielne wieczory, kiedy trzeba było zasiadać
na ławeczce przed domem, okazywało się, że ławka robi się jakby
coraz dłuższa i bardziej pusta, a my pozostajemy coraz mniej pamiętający
naszych dziadków, stryjków, wujków, sąsiadów, ludzi serdecznych
i zwykłych, czasem dziwaków...
Czy jest możliwe zamknięcie drzwi do własnego świata, z którego
jesteśmy? Nasze życie jest przecież pamięcią. Kim byśmy byli,
gdybyśmy tę własną pamięć odrzucili od siebie?
Dziś niosłem nasz krzyż. Ciężki był bardzo, odpoczywałem wiele
razy. Mchu na nim srebrnego urosło wiele, popękany, zgarbiony
z lu·nym ramieniem, które deszcz i wiatr kurczyły je przez trzydzieści
lat. Jeszcze rok, dwa i prawie by się zwalił na zarośniętą akacją
mogiłę. Mogiła, która jest wspólna już dla mojego pradziadka,
dziadka, moich wujków. Chcemy z mamą przenieść też od innych mogił
ziemię i niech leżą razem pod tym starym krzyżem, który chcemy
naprawić.
Przyniosłem ten krzyż do stodoły. Pamiętam jak przed laty dobry
sąsiad i stolarz robił go z dębu i potem z ojcem, wycinałem na
nim litery w tej stodole, w której wtedy pachniało zbożem, sianem
i słomą. Ojciec pozwalał mi na wiele samodzielnych robót w gospodarstwie,
pomagał nazywać wiele rzeczy po imieniu, rozpoznawać ptaki, drzewa,
trawy. Pamiętam kolor tego dębu i że był świeżo ścięty. Jak cięto
się litery pozostawała jakby rana, wilgotny ślad po nożu. Dziś
gdy mostem nasz krzyż poczułem jakiś smutek wobec przemijania
mojego wiejskiego świata, a właściwie tego nieporządku przemijania.
Pomyślałem też jaki jest i gdzie jest mój prawdziwy krzyż? Czy
to ten stary, pokrzywiony z mchem, bliski sercu i swoich, czy
teraz ten miejski, który nawet nie wiem jak wziąć na ramiona i
pod·wignąć?
Obok cmentarza, z którego niosłem krzyż do mojej pustej stodoły,
na polu ludzie z mojej wsi zbierali ziemniaki.
Pozdrawiam Cię Kazik bardzo serdecznie.
Stanisław Baj
|